19 grudnia 2004 harcerze Hufca Otwock przekazali Betlejemskie Światło Pokoju mieszkańcom i włądzom powiatu otwockiego. Uroczysta Msza św. odprawiona została w kościele oo. Pallotynów.
Oto fotorelacja z tego wydarzenia:



























19 grudnia 2004 harcerze Hufca Otwock przekazali Betlejemskie Światło Pokoju mieszkańcom i włądzom powiatu otwockiego. Uroczysta Msza św. odprawiona została w kościele oo. Pallotynów.
Oto fotorelacja z tego wydarzenia:



























18 grudnia 2004 roku (sobota) odbyła się Wigilia Instruktorska w naszym hufcu. Była ona zorganizowana przez drużyny 123 DH „Wędrowne ptaki” i 209 DH „Silva”, głównie przez druhny Katarzynę Stolarską i Beatę Bany oraz druha Michała Bany.
Przygotowali oni małe jasełka, zaśpiewali nam kilka kolęd (do zaśpiewania, których my się włączaliśmy), co wprawiło nas w świąteczny nastrój. Czytaj dalej…
Oto fotorelacja z tego wydarzenia:















19 grudnia 2004 na uroczystej Mszy św. w Józefowie miało miejsce przekazanie Betlejemskiego Światła Pokoju mieszkańcom i władzom Józefowa.
Oto fotorelacja z tego wydarzenia:































To już stało się tradycją, co roku tuz przed Bożym Narodzeniem wszyscy harcerze Szczepu Józefów spotykają się na Wigilii, aby wspólnie spędzić ten cudowny czas na zabawach i kolędowaniu.
Co roku nasze spotkania wigilijne odbywają się w coraz to ciekawszych miejscach i za każdym razem organizatorzy zaskakują nas pomysłowością. Czytaj dalej…
Poniżej przedstawiamy fotorelację z tej zbiórki:



Z rozmyślań drużynowej i przybocznej:
„Czyż nasze zuchy nie są cudowne?”
(Magda po raz pierwszy z zielonym sznurem)

Szczep Józefów w pełnej (prawie) okazałości

Agatko, co tutaj jest napisane

o, jeszcze tutaj?

Zuchy prezentują nową zabawę: And up tara ta tara ….

Tyłem do publiki??!!!!

Przed 2000 laty, w Betlejem (…)

…

…

My,wbici w kąt

Cała sala śpiewa z nami!

…

A, a wiecie co mi powiedziała Karolina?!

Podaj dalej

Święty Mikołaju, tak przy zuchach?!

I tym razem 5DHS jak nie zawiodła – rozbawiła komendantkę niemalże do łez

…

To się nazywa rodzinka:-) (ale zaraz – Kuba spadaj!)

Ciekawe o czym Mikołaj mówi z takim przejęciem?
Hmm czyżby jemu również paliła się szkoła?

Wio koniku Kostrzewiku…

Byliście grzeczni w tym roku?
– mam dla Was niespodziankę.

Ten to umie rozbawić towarzystwo 😉

taaaaaa

Hahahaha (wystarczy spojrzeć na Kubę – i wszytko jasne)

Może napiszemy list do Mikołaja?

Kochany Święty Mikołaju, w przyszłym roku chcielibyśmy (…)

Patrycję?!! NIE, nie to pomyłka…

To zmęczenie to tylko pozory.

Ale, o co chodzi?!?

…

Bierzcie i jedzcie…

pozostawiam to bez komentarza

to również

i to…

Skupienie w oczach dziewczyn mówi samo za siebie

Ojej, a co oni tam robią?

Na czułości jest zawsze pora… yyy na posiłek również:D
Foto: Karolina & Mirek Grodzcy; podpisy: Patrycja Zawłocka
19 grudnia 2004 po raz drugi nasza drużyna przygotowała przekazanie Betlejemskiego Światła Pokoju w parafii pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego na Ługach w Otwocku. Dlaczego akurat tam? Z prostej przyczyny – ponieważ nasza drużyna spotyka się w harcówce na plebani wyżej wymienionej parafii, i jest tam nam bardzo dobrze.
W tym roku o pomoc w oprawie mszy poprosiliśmy profesjonalistów – czyli scholę młodzieżową, która zawsze śpiewa podczas mszy o godz. 19.30 w naszym kościele. Od dwóch tygodni chodziliśmy więc co sobotę i niedzielę na około półtora godzinne próby, na których wpierw śpiewaliśmy dziwne gamy a potem otwieraliśmy buzie tak głośno, że aż nasz szczęki bolały. Ale opłaciło się gdyż potem śpiewaliśmy niczym w chórach niebiańskich… no prawie 😉

Na koniec dodam tylko, że przekazanie BŚP przygotowali wędrownicy w ramach swojego pierwszego zadania zespołowego z Próby Wędrowniczej. Jestem z Was dumna Kochani, świetnie sobie poradziliście J
Po mszy tradycyjnie udaliśmy się już na naszą drużynową wigilię, czyli „obrabianie choinki”. Były wiec i zwierzenia, i życzenia a na koniec wszyscy wszystkich wycałowali pod jemiołą. A wszystko to okraszane było taką ilością śmiechu, ze aż do tej pory boli mnie brzuch J
Marysia Mikulska
17 DH „Widnokrąg”
Od redakcji: tego samego dnia miało miejsce przekazanie BŚP w Józefowie i Otwocku
18 grudnia 2004 roku (sobota) odbyła się Wigilia Instruktorska w naszym hufcu. Była ona zorganizowana przez drużyny 123 DH „Wędrowne ptaki” i 209 DH „Silva”, głównie przez druhny Katarzynę Stolarską i Beatę Bany oraz druha Michała Bany.
Przygotowali oni małe jasełka, zaśpiewali nam kilka kolęd (do zaśpiewania, których my się włączaliśmy), co wprawiło nas w świąteczny nastrój. Nie wspomniałam jeszcze o tym, ze przy wejściu każdy dostawał kartkę świąteczną i upominek od świętego Mikołaja. Gdy wszyscy przybyli (włącznie z władzami miasta i instruktorami harcerskimi), światła przygasły i wszystko się rozpoczęło.

Po wyśpiewaniu przez wszystkich kolędy, Tomek Grodzki (jako najważniejszy w tym zgrupowaniu) wygłosił mowę 🙂 i podał wszystkim opłatek.
Ławki zostały odsunięte i wszyscy podzieliliśmy się opłatkiem (no może nie wszyscy ze wszystkimi), składając świąteczne życzenia. Mi akurat najbardziej przypadły do gustu życzenia innego koloru sznura. Tak, to było miłe. Po wspólnych życzeniach zaczęliśmy jeść! Przygotowano nam ciasta, sałatki i różne inne pyszności, które znikały w przerażającym tempie!
Ale przynajmniej smacznie było!! Pogadaliśmy sobie, posiedzieliśmy w swoim gronie i wróciliśmy z uśmiechem na twarzy! Choć spodziewaliśmy się więcej osób.
I w ten oto miły sposób spędziliśmy sobotę w tydzień przed Bożym Narodzeniem.
Dh. Monika Siereńska
Atak padaczki, szkło w oku, oparzenia i wstrząs, dla kolejnych 18 osób z naszego hufca przestały być „czarną magią” – w dniach 26-28 listopad odbyła się pierwsza część kursu medycznego. Przyszli (mam nadzieję) brązowi ratownicy szkoleni byli według nowej doktryny Harcerskiej Szkoły Ratownictwa.
Nikt się do tego głośno nie przyznawał, ale myślę, że dla wielu buło to nie lada wyzwanie. Przyznaję, że podczas tych 3 (a właściwie 2) dni kilka razy ogarniało mnie zwątpienie. Nie było jednak tak źle! Sympatyczni instruktorzy (podziękowania w stronę Mariusza, który w dużym stopniu przyczynił się do tego, że kurs w ogóle mógł się odbyć), kursanci rządni wiedzy i chętni do nauki- czego chcieć jeszcze? No, może co najmniej 4 godzin snu więcej… Każdy wiedział na co się pisze.
Według nowych zasad, pierwsza część kursu powinna wystarczyć do przekazania całej wiedzy teoretycznej. Druga część ma być ograniczona do ćwiczeń praktycznych. Podczas ostatniego weekendu uczestnicy kursu mieli prawdziwe pranie mózgu (a przynajmniej tak się czuli). Mam nadzieję, że dwa tygodnie przerwy wystarczą im na poukładanie sobie tego wszystkiego w głowach. No i na utrwalenie wiadomości. Z doświadczenia jednak wiem, że im mniej się ma na to czasu, tym lepiej – człowiek się bardziej mobilizuje. Wierzę, że nasi harcerze pokażą co potrafią i za dwa tygodnie będziemy mogli być z nich naprawdę dumni. Trzymam kciuki!
Ach, zapomniałam o najważniejszym! Równolegle z kursem przedmedycznym miało miejsce szkolenie dla członków Otwockiego HGR-u ( dla niewtajemniczonych: Harcerskiej Grupy Ratowniczej, zrzeszających zapaleńców, którzy chcą robić coś ważnego dla siebie i dla miasta i dla innych też). Uczyliśmy się m.in. obsługi naszego nowego, profesjonalnego sprzętu (tu pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że wreszcie mamy naszą torbę PSPR1!). Było wesoło! Ważne jest to, że mieliśmy kolejną okazję do integracji (rzadko zdarza się, że możemy spotkać się wszyscy), a razem tworzymy niesamowitą mieszankę!
Miałam napisać, jak widziałam to jako oboźna. Otóż czarno to widziałam… To był, oczywiście żart! Żałuję, że nie miałam okazji spędzić więcej czasu z kursantami. Ciężko mi było wstać rano i iść po zakupy – wczesne wstawanie to według mnie największa z tortur.
No i nie miałam serca rano budzić uczestników podczas, gdy oni wszyscy tak słodko sobie spali… Chyba byłam zbyt delikatna. Obiecuję poprawę!!!
P.S.: Na koniec kilka słów otuchy do kursantów: jak nie zdacie, to Wam rączki powyrywam i to Wam będzie potrzebna pierwsza pomoc! Dodam, że dotyczy to szczególnie Jagóda i Dyniaka.
Oboźna
Dostałam propozycje od Adama Zawadzkiego i Agnieszki Odrobinskiej (ze Szczepu 69wdhiz) uczestnictwa w akcji „pomóż dzieciom godnie żyć” , czyli w zbiórce pieniędzy na dożywienie dzieci ze świetlic KARANU. Miałam zabrać chętne osoby ze swojego zastępu do Warszawy na 20-21.11.2004. Niestety pojechać mogły tylko trzy osoby : Ja, Wiktor i Monika Myszkowska.
W sobotę 20.11.2004 o 7.00 rano zjawiłam się na przystanku autobusowym na ul. Andriollego, ponieważ tam mieliśmy się spotkać. Do 8.00 już przyszedł Wiktor i Monika i udaliśmy się do Warszawy Centrum. Wysiedliśmy przy Makro na al. Jerozolimskich, gdzie spotkaliśmy się z Adamem i jeszcze kilkoma dziewczynkami. Weszliśmy wejściem służbowym (ale tam fajnie jestJ) i zostaliśmy przepuszczeni przez bramki, dostaliśmy puszki i identyfikatory. Adam przedstawił nam kilka zasad i wypuścił na hale. Na początku lekki strach jak będą reagować ludzie, ale wtedy przypomniał nam się WOSP i się rozkręciliśmy. Chodziłam z Moniką i Wiktorem i szło nam bardzo dobrze, ale potem Adam wziął mnie do siebie i było jeszcze lepiej. Zbieraliśmy na głodne dzieci i ludzie różnie reagowali. Denerwowało mnie , że część traktowała nas jak powietrze, a to było gorsze niż powiedzenie „nie dziękuje”. Najśmieszniej było dogadywać się z cudzoziemcami. Jakoś daliśmy sobie rade. Zbieraliśmy od 9.00 do 16.00 i lekko zmęczeni tym chodzeniem i ciągłym mówieniem, ale za to uśmiechnięci i zadowoleni pojechaliśmy do Dziupli na Pole Mokotowskie (czyli do harcówki 69WDHiZ ) aby odpocząć.
Rano o 9.00 znów udaliśmy się do Makro i dowiedzieliśmy się, że wczoraj zebraliśmy ponad 2000 zł. Szczęśliwi weszliśmy na hale, aby dalej zbierać. W niedziele było troszkę gorzej z tym zbieraniem, ale nie poddaliśmy się, ale niestety już około 16.00 wychodziło ze wszystkich zmęczenie, bolały nas usta od ciągłego uśmiechu i mówienia i nóżki od chodzenia, ale byliśmy zadowoleni i nie narzekaliśmy. Mi pod koniec już się język plątał i zamiast mówić „… zbieramy na głodne dzieci…”mówiłam „…zbieramy na gorące dzieci i biedne posiłki..”, ale ludzie i tak dawali J Niekiedy nie nadążałam mówi, a ludzie wsypywali do puszek J to jest miłe i bardzo cieszy kiedy się napracuje i pomaga innym .
Myślę, że akcja się udała, bo zebraliśmy pieniążki dla potrzebujących dzieci , więc do domu wróciliśmy z uśmiechniętymi buziami.
Daria Kłos, 77ODHS
Łączna kwota zebranych przez harcerzy uczestniczących w zbiórce funduszy wynosi już 7485,21 zł.
Akcja dla świetlic Karanu odbywa się dwa razy do roku: przed Wielkanocą i przed Bożym Narodzeniem.
W tym rozpoczęła się 19 listopada a zakończy 12 grudnia na terenie całego kraju. Aby zapewnić wiarygodność i bezpieczeństwo wolontariuszy po raz kolejny już odbywa się na terenie METRO GROUP (Makro, Real, M1). Za zebrane pieniądze kupowane są paczki żywnościowe dla dzieci ze świetlic socjoterapeutycznych KARAN oraz zapewniane są dzieciom ciepłe posiłki w ciągu roku.
KARAN to miejsca, o których same dzieci mówią: Tu mamy ciepłą zupę i miłość. Świetlice te powstają w całej Polsce w tzw „„trójkątach bermudzkich”. Dzieci w tych środowiskach często mają do wyboru świetlicę lub gangi czy też „małą dilerkę”.
Obecnie Karan opiekuje się ok. 2 000 dzieci.
Jest jeszcze możliwość wzięcia udziału w akcji. Czekamy na wasze zgłoszenia!
Wszelkie pytania proszę kierować do Koordynatora Akcji ze strony ZHP phm. Adama Zawadzkiego
e-mail: adam@nowydzwon.pl, tel. 0692544786
źródło: zhp.org.pl
W poprzednim tekście mogliście przeczytać o formowaniu polskiego wojska w ZSRR. Poniżej przedstawiamy fragmenty wspomnień syna jednego z tych, którzy dostali się do wojska.
Historia oglądana z perspektywy losu pojedynczego człowieka jest bardziej namacalna i realna…
Tym, których te opisy zaciakawiły polecam Internet.
Jest tam wiele, wiele innych.
Fragmenty wspomnień Zygmunta Śpiewaka:
Po porozumieniu Sikorski-Majski w 1941 roku objęła nas “amnestia” i niejako “przywrócono” z powrotem obywatelstwo polskie wszystkim Polakom deportowanym do ZSRR w latach 1940/41. Zaczęło się tworzyć wojsko polskie na Kazachstanie.
Wiadomość o fakcie tworzenia wojska polskiego docierała z bardzo dużym opóźnieniem do zesłanych Polaków na całym terytorium Związku Radzieckiego. Do niektórych wiadomość ta w ogóle nie dotarła. Do polskich obozów wojskowych w Kazachstanie po wcześniejszym wyzbyciu się resztek nędznego dobytku zaczęli ściągać polscy zesłańcy często z całymi rodzinami. Początkowo z rodzin polskich, które dotarły do Kazachstanu do obozów wojskowych szli tylko ci, którzy zostali przyjęci do wojska, a ich rodziny koczowały bez dachu nad głową tuż obok tych obozów praktycznie bez żadnych środków do życia, licząc na obiecaną szybką pomoc państw zachodnich, w tym głównie ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
Jesienią w 1942 roku w Kazachstanie nagle przyszła dosyć ostra zima. Powstała bardzo ciężka sytuacja tych, którzy żyli poza obozami wojskowymi, a obiecana pomoc zachodnia jakoś “opóźniała” się. Władze sowieckie dosyć skromne racje żywnościowe przydzielały tylko dla żołnierzy, z których to racji żywnościowych trzeba było wyżywić cały stan osobowy obozów. W obozach zaczął panować straszny głód. Brakowało również opału. Władze sowieckie w tajemnicy przed Andersem zaczęły rekwirować już docierającą tam z zachodu pomoc, w tym pomoc żywnościową. W obozach oprócz głodu zaczęły się szerzyć choroby zakaźne. Była duża śmiertelność.
Z tego powodu zaprzestano dalszego werbunku do wojska, a tu nadal napływali ochotnicy często z całymi rodzinami. Odmowa przyjęcia ich do obozów skończyłaby się dla nich tragicznie. Powstała sytuacja praktycznie bez wyjścia.
W tej tragicznej sytuacji generał Anders po porozumieniu się z Anglikami i z rządem polskim w Londynie, chcąc uratować przed totalną zagładą w okresie zimowym postanowił cały ten stan osobowy wyprowadzić do lepszych warunków do Iranu, co zresztą uczynił w listopadzie 1942 roku. W ten sposób nieludzką ziemię udało się opuścić zaledwie 114.500 Polakom.
Wyprowadzenie przez Andersa wojska polskiego wraz rodzinami do Iranu zostało uznane za zdradę Związku Radzieckiego przez wszystkich deportowanych na Sybir Polaków w latach 1940/41. Zostały zerwane przez władze sowieckie wszelkie stosunki z rządem londyńskim. Ci zesłańcy, którzy nadal pozostali w Związku Radzieckim ponownie zostali poddani zbiorowym represjom sowieckim. Szczególnie ciężki los spotkał tych, którzy do obozów wojskowych w Kazachstanie dotarli już po wymarszu wojska polskiego do Iranu.
Pozostali na tej nieludzkiej ziemi ich wolność opłaciliśmy dodatkowymi zbiorowymi represjami ze strony władz sowieckich. W zaistniałej sytuacji ratowania pozostających na Sybirze Polaków przed całkowitą zagładą podejmuje się Wanda Wasilewska. Zakłada wierny Związkowi Radzieckiemu Związek Patriotów Polskich. Osobiście prosi Stalina o zgodę na organizację w Związku Radzieckim nowego wojska polskiego bezpośrednio poległego Moskwie, na co “dobrodusznie” Stalin wyraził zgodę. Oczywiście cała ta maskarada polityczna była jeszcze wcześniej w tajemnicy przygotowana przez sowietów zanim Anders z zdołał wyprowadzić wojsko polskie z Kazachstanu do Iranu.
Ojciec z łagru do rodziny zdołał powrócić z poważną kontuzją nogi tuż przed wymarszem Andersa z Wojskiem Polskim do Iranu. Ojciec, chroniąc się przed ponownym skierowaniem do łagru, wstąpił do nowo organizowanej I Dywizji im. T. Kościuszki Wojska Polskiego pod dowództwem generała Berlinga. Na punkt zborny szedł na piechotę o kuli ponad 40 kilometrów. Jako pożywienie na drogę dostał kawałek głowy zdechłego konia. I Dywizja im. T. Kościuszki później została przekształcona w I Armię Wojska Polskiego w ZSRR. Główny szeregowy trzon tej armii stanowili Polacy deportowani w północne rejony ZSRR, w tym głównie z okręgu archangielskiego.
Http://www.spiewakowie.pl/hist04b.htm
„Emigracyjny rząd gen. Sikorskiego nie reprezentuje narodu polskiego. Ten rząd występował przeciw zbrojnej walce polskiego narodu z niemieckim okupantem w Polsce, wyprowadził poza granice Związku Radzieckiego gotową do walki armię, która do tej pory nie bierze żadnego udziału w wojnie, prowadził wrogą wobec Związku Radzieckiego agitację, starając się popsuć stosunki między sojusznikami, a wreszcie skompromitował się ostatecznie, biorąc udział w zorganizowanej przez hitlerowców antyradzieckiej propagandowej hecy w sprawie lasu katyńskiego.”
Wanda Wasilewska, w przemówieniu radiowym do Polaków 28 kwietnia 1943
Miesiąc temu mogliście przeczytać o Bitwie pod Lenino. Tym razem odpowiadam na pytanie skąd brali się Polacy, którzy zasilali polskie wojsko w ZSRR.
Historia powstania 1 Praskiego Pułku Piechoty zaczęła się 17 września 1939 roku.
Wtedy to władze radzieckie uznały, że Państwo polskie przestało istnieć (walczyliśmy wtedy z wojskami niemieckimi) i pora dokonać agresji na nasze ziemie. Armia Czerwona przekroczyła granicę Polski i zajęła 55% terytorium naszego kraju. Potem dowiedzieliśmy się, że stało się to na mocy wcześniej zawartego tajnego porozumienia z Hitlerem i wydarzenie to zostało nazwane IV rozbiorem Polski.
Na polskich terenach włączonych do ZSRR posługiwano się terrorem, za pomocą którego starano się zniszczyć jakiekolwiek przejawy lub tylko potencjalne możliwości oporu, zastraszyć społeczeństwo, rozbić jego istniejące struktury i stworzyć pole dla sowietyzacji. Za grupę szczególnie niebezpieczną z punktu widzenia polityki ZSRR uznano osadników wojskowych – żołnierzy Wojska Polskiego z 1920 r. Żołnierze Ci mieli w przyszłości walczyć u boku „zaprzyjaźnionej” Armii Radzieckiej przeciwko Niemcom w ramach Praskiego Pułku Piechoty.
Najbardziej dotkliwym przejawem terroru były deportacje w głąb ZSRR.
W latach 1940-41 władze ZSRR dokonały czterech wielkich operacji deportacyjnych z ziem polskich, w wyniku których zostało wysiedlonych 309-327 tysięcy (wg. danych radzieckich z tamtych czasów dość wiarygodnych, aczkolwiek wymagających pewnego uściślenia, niektóre źródła podają liczbę ponad 1 mln).
Kierując przymusowo w głąb ZSRR poszczególne kontyngenty obywateli polskich kierowano się zróżnicowanym zestawem kryteriów. Wydaje się, że dominowały względy polityczne i społeczne, a nie etniczne. Deportowano grupy związane z przedwojenną państwowością polską, odgrywające w społeczeństwie istotną rolę ekonomiczną, polityczną czy kulturalną, będące kreatorami więzi społecznych i opinii publicznej. Na szeroką skalę dokonywano aresztowań oficerów Wojska Polskiego, Straży Granicznej, Straży Więziennej, funkcjonariuszy policji, działaczy politycznych i społecznych, ziemian, przemysłowców, handlowców i tych wszystkich, których podejrzewano o antyradziecką postawę.
Przebieg wszystkich deportacji wyglądał podobnie. Deportacją w każdym powiecie kierował sztab składający się z 3-5 funkcjonariuszy NKWD, a bezpośrednimi wykonawcami były grupy operacyjne.
Grupy operacyjne przeprowadzające wysiedlenie zjawiały się na ogół w nocy lub bardzo wczesnym rankiem. Składały się z oficera i towarzyszących mu żołnierzy NKWD oraz częściowo miejscowej ludności często wrogo nastawionej do Polaków. Mieszkańcom komunikowano decyzję o wysiedleniu, a następnie przeprowadzana była rewizja uzasadniana poszukiwaniem broni. Najczęściej dokonywano jej brutalnie, czyniąc kompletny bałagan w pomieszczeniach i niszcząc wiele rzeczy. Rewizji nierzadko towarzyszyły akty rabunku wartościowych przedmiotów. Po przeprowadzeniu rewizji wyznaczano wysiedlanym pewien czas na spakowanie się. Instrukcja przewidywała 30 minut (na spakowanie dorobku życia!). Najczęściej członkowie grupy operacyjnej zezwalali lub nie na zabieranie konkretnych przedmiotów lub określali limity wagowe. Bywało, że dowodzący oficer po prostu kazał brać tyle, ile uniosą. Niekiedy funkcjonariusze NKWD doradzali, co należy zabrać, a nawet pomagali w pakowaniu dobytku. Zdarzało się, iż deportowanym nie pozwalano opuszczać pomieszczenia, w którym ich zgromadzono, co uniemożliwiało zabranie dobytku z innych izb, a nawet przygotowanie zapasu żywności. Często z przygotowań do wyjazdu eliminowano mężczyzn, przez cały czas trzymając ich pod branią w jakimś kącie izby. Pogłębiało to na ogół panikę wśród wysiedlanych, utrudniało zorganizowanie się i spakowanie.
Transporty na Syberię składały się z wagonów towarowych. Ich przystosowanie do przewozu ludzi polegało na zbudowaniu piętrowych prycz po obu stronach wejścia, wstawieniu żelaznego piecyka i wycięciu dziury, czasem zaopatrzonej w kawałek rury, mającej spełniać rolę ubikacji. Po krótszym lub dłuższym, czasem nawet kilkudniowym oczekiwaniu, transport ruszał w nieznane. Trwał ok. miesiąca.
Różnie wyglądało zaopatrzenie ludności w żywność. Z reguły ciepłe posiłki wydawano dopiero po przekroczeniu dawnej granicy polsko-radzieckiej. W jednych transportach czyniono to w miarę regularnie, codziennie, w innych tylko sporadycznie, raz na kilka dni. Menu stanowiły zupy, najczęściej o trudnym do ustalenia składzie, kasza, do tego niewielkie porcje chleba, sporadycznie, na większych stacjach, dla dzieci nawet bułki i cukier. Największym problemem dla deportowanych było jednak nie zaopatrzenie w żywność, lecz w wodę. Jej brak wody był powszechną zmorą w transportach deportacyjnych. Choć w trakcie postojów eskorta zezwalała na pobieranie wody (z reguły po 2 wiadra na wagon liczący 40 60 osób), to jednak zdarzały się przypadki, że woda nie była dostarczana nawet przez 2 dni. Szczególnie w trakcie deportacji czerwcowych, gdy panowała wysoka temperatura, brak wody do picia stanowił źródło ogromnych cierpień deportowanych.
Niedostatek wody oznaczał niemożliwość utrzymywania higieny. Szybko pojawiły się więc wszy, rozprzestrzeniał się świerzb i inne choroby wywołane brudem. Rodzaj i jakość dostarczanego pokarmu powodowały choroby przewodu pokarmowego z czerwonką na czele. Dramatu dopełniało dokuczliwe zimno. W tragicznej sytuacji znajdowały się zwłaszcza małe dzieci i osoby starsze. Te grupy pierwsze zapadały na zdrowiu, a brak opieki lekarskiej uniemożliwiał skuteczną walkę z chorobami, co prowadziło do licznych zgonów. Zwłoki najczęściej wynoszono na stacjach i w miejscach postoju, także w szczerym polu.
Spora część deportowanych w kolejnych deportacjach była przygotowana do czekającego ich dramatu. Pogłoski o mającej nastąpić nowej deportacji od pewnego czasu krążyły wśród Polaków, a niektórych znajomi uprzedzali wprost, że ich nazwiska są na listach wywozowych i że zostaną wysiedleni. Jedni gromadzili w związku z tym pokaźne zapasy żywności i przygotowywali bagaże, inni trzymali na podorędziu zaledwie kilka najpotrzebniejszych drobiazgów zapakowanych do plecaków, czy zgoła szkolnych tornistrów, w przekonaniu, że i tak pojadą na zagładę.
Sytuację ludzi wywożonych w czerwcu 1941 r. niesłychanie skomplikował wybuch wojny. Transporty z deportowanymi znalazły się niejednokrotnie pod bombami, co przyniosło znaczne straty ludzkie, ale części deportowanych umożliwiło ucieczkę. Pociągi podążające w kierunku przeciwnym do transportów wojskowych, niejednokrotnie wiele dni przetrzymywano na bocznicach, lub zgoła w polu. Nie było mowy o regularnym żywieniu, a nawet o zaopatrzeniu w wodę, co przy wysokich temperaturach przynosiło niewysłowione męki pragnienia.
Często w relacjach powtarza się moment minięcia tabliczki odgraniczającej Europę i Azję (góry Ural). Wtedy bardzo dobitnie docierało do nich jak daleko są od domu i jak małą szansę mają na ponowne zobaczenie bliskich.
Miejscem przeznaczenia wysiedlonej ludności były różne miejsca, w których traktowano ich jako tanią lub wręcz bezpłatną siłę roboczą. Ci, którzy nie chcieli pracować nie dostawali racji żywnościowych. Zakwaterowywani byli z reguły w nieludzkich warunkach, czasami byli wysadzani w środku tajgi (ci, którzy mili pracować przy wyrębie drzew) i sami musieli sobie zbudować prowizoryczne szałasy, w których musieli zamieszkać na stałe lub przez kilka miesięcy.
Katorżnicza praca, głód, brak opieki medycznej i mróz razem wzięte sprawiały, że wśród Polaków była bardzo wysoka śmiertelność. Plan NKWD zakładał, że człowiek w takich warunkach powinien umrzeć po 5 latach. Plany te były zbyt optymistyczne i zesłańcy umierali w dużo szybszym tempie. Polakom mówiono wprost, że taki los czeka ich wszystkich.
Wybawieniem dla wielu z nich było nawiązanie stosunków dyplomatycznych między Polską i Związkiem Radzieckim w 1941 r. (układ Sikorski Majski).
Ustalono „amnestię” dla sybiraków i możność zaciągania się ich do Armii Polskiej która miała być tworzona w Rosji pod dowództwem gen. Władysława Andersa (od 1939 roku przebywał w sowieckim więzieniu w Moskwie). Ambasada polska w ZSRR, jej aparat terenowy oraz komórki sztabowe tworzonej armii polskiej przystąpiły do zbierania informacji dotyczących losów, liczebności i rozmieszczenia obywateli polskich, którzy trafili w głąb państwa radzieckiego w latach 1939-1941.
Informacje o polsko-radzieckim układzie ukazały się w radzieckich gazetach, ogłoszono je w niektórych obozach, im dalej jednak było do miast czy prasy, tym mniej było miejsc, do których informacja ta dotarła na czas. Polacy o możliwości przystąpienia do tworzącej się polskiej armii dowiadywali się przypadkiem i to w trudny do uwierzenie sposób. Niektórzy nie dowiadywali się wcale. Tym, którzy się dowiedzieli utrudniano dotarcie do tworzącego się wojska poprzez nie wydawanie pozwolenia na opuszczenie pracy oraz brak środków transportu, aby dotrzeć w miejsca, gdzie armia zaczynała się tworzyć.
Władze radzieckie od początku blokowała zaciąg do polskiego wojska, chcąc, by wojsko owo było jej uległe w sensie politycznym.
Sikorski nie zgodził się na taką uległość i latem 1942 r. wyprowadził wojsko do Persji.
Armia Andersa tworzona w okresie lato 1941 – lato 1942 okazała się ratunkiem dla ponad 120 tys. żołnierzy i ludności cywilnej (sporo Polaków uzyskało pozwolenie na dołączenie z całymi rodzinami do armii Andersa) którym udało się z nim uciec „nieludzkiej ziemi”.
Jednym z oficerów, którzy tworzyli polskie wojsko z ZSRR pod wodzą Andersa był pułkownik Zygmunt Berling. Pełnił on funkcję szefa sztabu odtworzonej 5 Dywizji Piechoty. Podczas ewakuacji do Persji zdezerterował z wojska.
W 1943 awansowany został przez Stalina do stopnia generała i powierzono mu misję utworzenia drugiego wojska polskiego na terenie ZSRR. Tym razem całkowicie uległego Stalinowi i tworzonego z dużej części z powodów politycznych, a nie militarnych.
Niezależnie od intencji Stalina tworzona armia była wybawieniem dla tych, którzy nie zdążyli dotrzeć do Andersa przed ewakuacją jego armii.
Tak zaczęła się historia 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, w ramach której utworzony został 1 Pułk Piechoty (nazwany później „Praskim”).
Ci, którym nie udało się opuścić ZSRR z armią Andersa, a potem Berlinga – wracali do Polski po 1945 roku; ostatni dopiero w 1957 r. Niektórzy zostali w miejscu zesłania.
Ostateczne ustalenie liczby polskich ofiar sowieckich represji podczas wojny i po niej do dziś jest przedmiotem badań i sporów historyków, polskich i rosyjskich.
Ciąg dalszy w części drugiej.